Europejskie spotkanie młodych Bracia z Taize i młodzież Europy zagościli w Rotterdamie…

Utworzono: niedziela, 09, marzec 2014 Poprawiono: niedziela, 09, marzec 2014 Opublikowano: niedziela, 09, marzec 2014 Administrator - Sebastian Rynkowski  Drukuj  Email

Dodano dnia 20.01.2011r.

Jeśli w życiu chrześcijanina można mówić w ogóle o jakichkolwiek przypadkach, to wyjazd na Europejskie Spotkania Młodych do Rotterdamu dla mnie do takich należy. Na listę osób chętnych wpisana zostałam bez mojej wiedzy i tak naprawdę do końca nie było wiadomo, czy będę mogła jechać. Wszystko się jednak dobrze poukładało i 27. grudnia przed 15:00 stawiłam się na zbiórkę w salkach parafialnych razem z siedemnastoma innymi uczestnikami z Iławy i okolic. No i się zaczęło…




…zaczęło się ciekawie, bo autokar spóźnił się dwie godziny. W końcu około 17:00 pojechaliśmy do Elbląga po grupę osób, z którymi już razem udaliśmy się w kierunku Holandii. Droga, w czasie której śmiechu było co nie miara, minęła szybko i spokojnie. Na miejsce dotarliśmy następnego dnia koło godziny 14:00. Dobrze zorganizowani wolontariusze rozdzielili nas do kilku parafii w Rotterdamie i jego okolicach, wręczając nam adresy, mapy dojazdu i bilety na miejską komunikację. Do parafii protestanckiej trafiłam jeszcze z innymi ośmioma osobami, gdzie zapisano nas do międzynarodowych grupek dzielenia na następne dni. Na nocleg udaliśmy się do holenderskich rodzin, dzięki czemu mogliśmy lepiej poznać tamtejszą dziwną dla nas katolików, kulturę. I nie było tak strasznie! Holendrzy okazali się być bardzo gościnnym narodem, a 61-letnia Pani, u której miałam okazję spać, każdego dnia zaskakiwała mnie i moją koleżankę prezentami (chciała mi nawet dać spodnie, które były za duże na Jej córkę).






Plan dnia wypełniony był po brzegi. Pobudka o 7:00, śniadanie u rodzin, 8:30 - modlitwa poranna w parafiach, a po niej międzynarodowe grupki dzielenia. Następnie przejazd metrem do głównej hali, w której rozdawane było jedzenie i gdzie odbywały się modlitwy po drugim śniadaniu i wieczorem po kolacji. Modlitwa po drugim śniadaniu przypadała mniej więcej na godzinę 13:00, później był czas na zwiedzanie miasta bądź, jak kto chciał, czas na warsztaty przygotowane przez gospodarzy. Dniem odbiegającym nieco od codziennego rozkładu dnia był Sylwester. Jest on bowiem dla Holendrów tak samo ważny, jak Wigilia dla Polaków. Sklepy zamykane są tego dnia o 17:00, a komunikacja miejska po godzinie 19:00 przestaje działać. Tego dnia o 14:00 na głównej hali została odprawiona Msza Święta dla Polaków przez biskupa Henryka Tomasika, a po Mszy nadszedł czas na Nabożeństwo Rozesłania. Po dotarciu na miejsce zakwaterowania, jako goście mięliśmy zaszczyt zjedzenia kolacji w domach z naszymi gospodarzami. Był to piękny czas dzielenia się różnicami kulturowymi, również, jeśli chodzi o kulinarna. Każdy z nas wręczył gospodarzom upominki przywiezione z Polski, jako podziękowanie za otwartość i gościnność. Na godzinę 23:00 w parafiach zaplanowane były modlitwy, które zakończyły się tuż przed północą. Nowy Rok powitaliśmy przed kościołem składając sobie życzenia razem z ludźmi z całej Europy. Po fajerwerkach wszyscy wróciliśmy z powrotem do kościoła i rozpoczęło się tzw. Święto Narodów- każdy kraj musiał się zaprezentować. I tak Ukrainka przepięknie zaśpiewała ‘Ave Maria’ w swoim narodowym języku, dedykując swój występ wszystkim Polakom, Włosi zaśpiewali ‘Volare’, a Polacy pokazali, jak wygląda zabawa w ‘Mam chusteczkę haftowaną’. Nad ranem wszyscy wymęczeni udali się do domów. Sen nie trwał jednak zbyt długo, bo na 9:30 przewidziana była Msza w kościele katolickim. Zmęczeni stawiliśmy się punktualnie, we Mszy oprócz Polaków wzięli udział również miejscowi ludzie, dlatego Liturgię odprawiono w dwóch językach. Wypełniając małą parafię po brzegi, śpiewaliśmy kolędy i kanony Taize. Dla Holendrów był to bardzo wzruszający moment, bowiem przez deficyt księży Msze Święte odbywają się tam jedynie raz lub dwa razy w miesiącu w niedzielę, a samych parafian też jest jak na lekarstwo. Po Mszy w parafii protestanckiej gospodarze przygotowali mały poczęstunek, po którym nadszedł czas rozstania i udania się do swoich autokarów. Podziękowaniom, uściskom i wymianom kontaktów nie było końca. W pamięci na długie lata pozostaną mi podziękowania jednego Chorwata, będącego animatorem jednej z grupek. Wyszedł na środek, poprosił o mikrofon i z całego serca dziękował Polakom, których było najwięcej, bo około 6 tysięcy na 30 tysiący uczestników Europejskiego Spotkania Młodych. Dziękował nie tylko za tegoroczną obecność i świadectwo wiary, ale również nie mógł nie wspomnieć o zjeździe ubiegłorocznym, który odbył się w Poznaniu.

Rozmyślając o Rotterdamie nie mogę uwierzyć, że wszystko tak szybko minęło i że te kilka dni wydaje mi się być jedynie kilkoma godzinami. Przyznam szczerze, że smuci mnie nikła obecność kościoła chrześcijańskiego w Europie Zachodniej. W samym kościele protestanckim, który bardzo różni się od katolickiego, nastąpiło tyle rozłamów, że wierzący sami nie są w stanie powiedzieć, czy ich wiara pochodzi od Lutra, czy od Kalwina. W Polsce nie mamy świadomości tego, jak wielkie mamy szczęście, żyjąc w kraju, w którym kościoły nie świecą pustkami, a Msza Święta nie wygląda jak zwykły koncert. Nie mamy świadomości wielkiego zadania, jakie stoi przed nami, jako nielicznym, jeśli nie jedynym narodem chrześcijańskim Europy. Już Jan Paweł II zwracał nam na to uwagę w swoich kazaniach. Myślę, że nadszedł czas, abyśmy ocknęli się z marazmu i zaczęli korzystać z łaski, jaką otrzymaliśmy jako naród. Niech nasza wiara nie będzie smutna!

Kolejne Europejskie Spotkanie Młodych już za rok w Berlinie. Myślę, że warto się tam wybrać, chociażby po to, aby zobaczyć jak bardzo potrafi nas zjednoczyć wiara w jednego Boga, mimo różnic wyznaniowych i kulturowych. Warto otworzyć serca na tych, którzy otwierają nam drzwi swoich domów.

Tekst: Joanna Bierek

Odsłony: 1091